stronybiznesowe
Sklep internetowy 8 min czytania wrzesień 2026

Tłumaczenie sklepu internetowego: co przetłumaczyć

Tłumaczenie sklepu internetowego przy sprzedaży do innego kraju UE: pełna lista elementów, wymogi GPSR wobec ostrzeżeń i oferty oraz to, od czego zależy koszt.

Krótka odpowiedź: przy sprzedaży do innego kraju Unii przetłumaczyć trzeba całą ścieżkę zakupową, a nie same opisy produktów: karty produktu, kategorie i filtry, koszyk wraz z krokiem płatności i dostawy, maile transakcyjne, dokumenty prawne oraz ostrzeżenia i informacje o bezpieczeństwie. Te ostatnie nie są kwestią wygody klienta. Art. 19 rozporządzenia GPSR wymaga, żeby oferta online zawierała je w języku państwa, w którym produkt jest udostępniany na rynku.

Ten tekst dotyczy jednego przypadku: sklepu, który zaczyna sprzedawać za granicę. Jeżeli szukasz szerszego obrazu, czyli co wchodzi w skład wersji językowej całego serwisu i od czego zależy cena, opisaliśmy to osobno przy tłumaczeniu strony internetowej.

Dlaczego wycena tłumaczenia sklepu prawie zawsze wychodzi za nisko

Pierwsza wycena powstaje zwykle tak: ktoś liczy podstrony, mnoży przez stawkę za stronę rozliczeniową i podaje kwotę. Potem projekt rusza i okazuje się, że tekstu jest trzy razy więcej, bo w sklepie większość treści nie siedzi na podstronach. Siedzi w bazie: w nazwach produktów, opisach krótkich i długich, parametrach, nazwach wariantów, nazwach kategorii, etykietach filtrów, metodach dostawy i płatności, komunikatach walidacji w koszyku oraz w szablonach maili.

Dlatego pierwszym krokiem, jaki robimy, jest eksport wszystkich treści z systemu i policzenie znaków. Nie oszacowanie, tylko policzenie. Efekt bywa zaskakujący w obie strony: sklep z tysiącem produktów opisanych jednym szablonem potrafi mieć mniej unikalnego tekstu niż sklep ze stoma opisami autorskimi, a to właśnie unikalny tekst kosztuje.

Co GPSR każe pokazać na ofercie i w jakim języku

Rozporządzenie o ogólnym bezpieczeństwie produktów, w skrócie GPSR, stosuje się od 13 grudnia 2024 roku i zawiera przepis napisany wprost pod handel internetowy. Art. 19 mówi, że gdy podmioty gospodarcze udostępniają produkty na rynku w internecie lub w inny sposób na odległość, oferta musi zawierać w sposób jasny i widoczny co najmniej cztery rzeczy.

Co musi być na ofercieCo to znaczy na karcie produktu
Nazwa producenta oraz adres pocztowy i elektronicznyDane kontaktowe producenta widoczne przy produkcie, nie tylko w stopce sklepu.
Dane osoby odpowiedzialnej w UniiWymagane, gdy producent nie ma siedziby w Unii. Dotyczy większości towarów sprowadzanych spoza UE.
Informacje identyfikujące produkt wraz z jego obrazemRodzaj, identyfikatory produktu i zdjęcie, po którym da się rozpoznać, co dokładnie jest sprzedawane.
Wszelkie ostrzeżenia i informacje o bezpieczeństwieW języku łatwo zrozumiałym dla konsumentów, określonym przez państwo, w którym produkt jest udostępniany na rynku.

Ten sam zwrot o języku powtarza się w art. 9 ust. 7, tam przy instrukcjach i informacjach dołączanych do samego produktu. Praktyczny wniosek dla sklepu wysyłającego do Czech albo do Niemiec jest jednoznaczny: ostrzeżenie po polsku, choćby najdokładniejsze, nie spełnia tego wymogu. I to jest ta część, która najczęściej wypada z wyceny, bo ostrzeżenia leżą w opisach produktów, a nie na osobnej podstronie, którą ktoś policzył.

Kiedy obowiązek w ogóle powstaje

Warto powiedzieć też, czego przepisy nie wymagają, bo strach przed nimi bywa droższy niż one same. Rozporządzenie o geoblokowaniu zabrania blokowania klientów z innych krajów Unii, ale w art. 4 ust. 3 stwierdza wprost, że samo przestrzeganie tego zakazu nie oznacza obowiązku przestrzegania pozaumownych krajowych wymogów prawnych obowiązujących w państwie klienta ani obowiązku informowania klientów o tych wymogach.

Innymi słowy: jeżeli Niemiec sam trafił na Twój polski sklep i chce kupić, nie możesz go odesłać z kwitkiem, ale nie musisz z tego powodu budować niemieckiej wersji sklepu. Sytuacja zmienia się, gdy zaczynasz aktywnie kierować ofertę na tamten rynek: reklamować się tam, podawać ceny w euro, oferować dostawę do Niemiec jako standard. Wtedy jesteś sprzedawcą na tym rynku ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dlatego rozmowę o tłumaczeniu zaczynamy od pytania, czy sprzedaż zagraniczna ma być planem, czy tylko dopuszczonym marginesem.

Pełna lista elementów do przetłumaczenia

Poniżej kolejność, w jakiej to robimy. Nie jest przypadkowa: pierwsze cztery punkty decydują o tym, czy ktoś w ogóle kupi, reszta o tym, czy Cię znajdzie i czy wróci.

  1. Ścieżka zakupowa. Koszyk, krok dostawy, krok płatności, podsumowanie zamówienia, komunikaty błędów w formularzu. Klient, który nie rozumie kroku płatności, nie kupi nawet po idealnie przetłumaczonym opisie produktu.
  2. Karty produktu. Nazwa, opis krótki i długi, parametry, nazwy wariantów, dostępność, informacja o gwarancji oraz ostrzeżenia wymagane przez GPSR.
  3. Nawigacja katalogu. Nazwy kategorii, etykiety filtrów, sortowanie, wyszukiwarka wewnętrzna wraz z komunikatem o braku wyników.
  4. Maile transakcyjne. Potwierdzenie zamówienia, informacja o wysyłce, przypomnienie o płatności, reset hasła, potwierdzenie zwrotu. Wychodzą z systemu automatycznie i najczęściej zostają po polsku aż do pierwszej reklamacji.
  5. Dokumenty prawne. Regulamin, polityka prywatności, informacja o odstąpieniu, formularz zwrotu, informacja o rozpatrywaniu reklamacji.
  6. Treści dla wyszukiwarki. Tytuły i opisy podstron, opisy alternatywne zdjęć, adresy podstron, jeżeli system pozwala je tłumaczyć.
  7. Formaty i jednostki. Waluta, format daty, jednostki miary i wagi, układ pola adresowego, bo niemiecki adres ma inną kolejność niż polski.
  8. Grafiki z wypalonym tekstem. Bannery, tabele rozmiarów, infografiki w opisach. Tych nie da się przetłumaczyć bez wrócenia do plików źródłowych, a te czasem już nie istnieją.

Regulaminu nie tłumaczy się dosłownie

To jedyne miejsce, w którym wierne tłumaczenie szkodzi bardziej niż jego brak. Regulamin sklepu opisuje uprawnienia wynikające z konkretnego prawa konsumenckiego, a te różnią się między krajami mimo wspólnych dyrektyw. Polski regulamin przetłumaczony na niemiecki nadal opisuje polską ścieżkę reklamacji i polskie terminy, więc niemiecki konsument dostaje dokument, który w najlepszym razie jest mylący, a w gorszym zawiera postanowienia, których tamtejsze prawo nie dopuszcza.

Podział, który stosujemy, jest prosty. Teksty sprzedażowe i opisy tłumaczy tłumacz. Dokumenty prawne przygotowuje albo weryfikuje prawnik znający rynek docelowy. My odpowiadamy za to, żeby jedno i drugie trafiło w odpowiednie miejsca serwisu, żeby zgody przy formularzach odsyłały do właściwej wersji językowej i żeby polityka prywatności w obu wersjach wymieniała ten sam zestaw narzędzi. Rozjazd między wersjami widać gołym okiem i jest to pierwsza rzecz, którą sprawdza ktoś, kto składa skargę. O tym, co w ogóle musi znaleźć się w takim dokumencie, pisaliśmy przy regulaminie sklepu internetowego.

Strona techniczna: adresy, hreflang, przełącznik

Wielojęzyczny sklep zrobiony skrótem potrafi zaszkodzić także polskiej wersji, więc to nie jest praca do zostawienia na koniec. Cztery zasady, od których zaczynamy, zanim ktokolwiek wgra pierwsze tłumaczenie.

Każda wersja językowa dostaje własny, stały adres: katalog w adresie, subdomenę albo osobną domenę krajową. Podmienianie treści pod jednym adresem w zależności od ustawień przeglądarki sprawia, że wyszukiwarka zindeksuje tylko jedną wersję, a reszta pracy przepadnie. Wersje łączymy znacznikami hreflang, które wskazują wzajemnie na siebie oraz na wariant domyślny, inaczej Google traktuje je jak konkurujące ze sobą kopie tego samego sklepu. Przełącznik języka robimy zwykłym odnośnikiem, bez automatycznego przekierowania po adresie IP, bo takie przekierowanie blokuje robota i wkurza użytkownika, który świadomie wybrał inny język. Adresy podstron i kategorii tłumaczymy wszędzie tam, gdzie system to umożliwia.

WooCommerce i WordPress: dwie decyzje przed instalacją wtyczki

Na WooCommerce wielojęzyczność dokłada się rozszerzeniem i warto podjąć dwie decyzje świadomie, zanim cokolwiek trafi do panelu. Pierwsza dotyczy modelu: wszystkie języki w jednej instalacji, co jest tańsze w utrzymaniu i wystarcza, gdy asortyment jest ten sam, albo osobne witryny połączone w sieć, potrzebne dopiero przy naprawdę różnym katalogu i różnych cenach. Druga dotyczy formatu przechowywania tłumaczeń, bo część rozszerzeń trzyma je w sposób, z którego trudno je odzyskać po wyłączeniu wtyczki. Pytamy o to zawsze, bo przetłumaczony katalog jest majątkiem firmy, a nie własnością rozszerzenia.

Jest też trzecia rzecz, przyziemna i regularnie zapominana. Wtyczki wielojęzyczne to zwykle licencje roczne, a po ich wygaśnięciu sklep nadal działa i nic o tym nie mówi, tylko przestaje dostawać aktualizacje. Przy sklepie, który przyjmuje płatności, brak aktualizacji przez rok to osobne ryzyko, a nie oszczędność. Najprościej dopisać ten termin do tego samego miejsca, w którym firma pilnuje domeny i certyfikatu, albo prowadzić rejestr licencji z kalendarzem odnowień obejmujący całe oprogramowanie, jakie sklep faktycznie ma. Przy dwóch wtyczkach to nadmiar. Przy piętnastu, z czego trzy płatne, to jedyny sposób, żeby nie dowiadywać się o wygaśnięciu z komunikatu o błędzie.

Ile to kosztuje i na czym można oszczędzić

Koszt tłumaczenia sklepu zależy od pięciu rzeczy. Objętość unikalnego tekstu, policzona po eksporcie, a nie oszacowana z liczby produktów. Liczba wersji językowych, przy czym druga wersja kosztuje najwięcej, bo to przy niej wykonuje się całą pracę techniczną, a każda kolejna jest już tańsza. Metoda przyjęta dla poszczególnych części sklepu. Zakres techniczny, czyli czy dokładamy wersję do sklepu, który był na to przygotowany, czy do takiego, który nigdy nie widział drugiego języka. Oraz dokumenty prawne, które wyceniamy osobno, bo wymagają prawnika.

Oszczędzać da się rozsądnie w jednym miejscu: przy katalogu. Postedycja, czyli przekład maszynowy poprawiony przez tłumacza, daje poprawny język przy ułamku kosztu tłumaczenia od zera i przy setkach kart produktu jest dziś standardem. Nie oszczędza się natomiast na ścieżce zakupowej, mailach transakcyjnych, ostrzeżeniach dotyczących bezpieczeństwa i dokumentach prawnych, bo w tych czterech miejscach jedno źle dobrane słowo zmienia treść zobowiązania wobec konsumenta.

Drugi sposób na obniżenie kosztu jest etapowy. Zamiast tłumaczyć wszystko naraz, uruchamiamy nową wersję z pełną ścieżką zakupową i wybranym fragmentem katalogu, tym, który realnie sprzedaje, a resztę dokładamy po pierwszych zamówieniach. To także tańszy sposób sprawdzenia, czy rynek w ogóle odpowiada, zanim wydasz budżet na tysiąc opisów.

Co sprawdzić przed startem nowej wersji

Przed uruchomieniem przechodzimy tę samą listę co przy każdej większej zmianie w sklepie. Czy da się złożyć zamówienie od początku do końca w nowej wersji, łącznie z płatnością testową. Czy maile transakcyjne przychodzą w odpowiednim języku, a nie w domyślnym. Czy formularz adresu przyjmuje zagraniczny kod pocztowy i zagraniczny numer telefonu. Czy koszty i terminy dostawy dla nowego kraju są prawdziwe, bo to najczęstsza przyczyna porzuconych koszyków przy pierwszej sprzedaży zagranicznej. Czy dokumenty prawne odpowiadają rynkowi, a nie są tłumaczeniem polskich. I czy obie wersje wskazują na siebie znacznikami hreflang.

Na koniec zostaje zestawienie: co jest przetłumaczone, jaką metodą, kiedy i gdzie leżą pliki źródłowe. Brzmi jak biurokracja do chwili, w której trzeba zaktualizować cennik w dwóch językach i nikt nie pamięta, skąd wzięły się teksty. Warto też z góry ustalić rytm aktualizacji obu wersji naraz, bo najczęstszy problem po roku nie jest językowy, tylko taki, że jedna wersja żyje, a druga została zamrożona w dniu uruchomienia. Więcej o tym, dlaczego wersje trzeba prowadzić równolegle, napisaliśmy przy aktualizacji strony internetowej.

Potrzebujesz strony dla swojej firmy?

Skonfiguruj podgląd w Studiu Projektu i zamów online. Stała cena, gwarantowany termin.