Tłumaczenie strony internetowej: cena, tłumaczenia stron internetowych i sklepu
Tłumaczenie strony internetowej to nie przepisanie tekstów na inny język. To druga, pełna wersja serwisu: menu, formularze, komunikaty, maile do klienta, dokumenty prawne i osobne adresy dla wyszukiwarki. Robimy całość, w stałej cenie ustalonej po policzeniu treści, i mówimy z góry, czego przepis wymaga, a czego nie.
w skrócie
Tłumaczenie strony internetowej obejmuje treść widoczną na stronie, elementy interfejsu (menu, przyciski, formularze, komunikaty błędów), maile wysyłane do klienta, dokumenty prawne oraz opisy dla wyszukiwarki. Dla firmy sprzedającej konsumentom w Polsce polska wersja nie jest wyborem: art. 7 ustawy o języku polskim nakazuje używać polskiego w obrocie z udziałem konsumentów, a art. 15 przewiduje za to karę grzywny. Przy sprzedaży do innego kraju Unii ostrzeżenia i informacje o bezpieczeństwie produktu muszą być podane w języku państwa kupującego, co wynika z art. 19 rozporządzenia GPSR. Cena zależy od liczby znaków, liczby wersji językowych i tego, czy tłumaczenie obejmuje też dokumenty prawne.
Kiedy polska wersja strony przestaje być wyborem
Najczęstszy powód, dla którego firma odkłada wersję językową, brzmi: nasi klienci i tak rozumieją angielski. Przy sprzedaży konsumentom to nie ma znaczenia, bo przepis nie pyta o znajomość języka. Art. 7 ust. 1 ustawy o języku polskim mówi, że na terytorium Polski w obrocie z udziałem konsumentów używa się języka polskiego, jeżeli konsument ma tu miejsce zamieszkania w chwili zawarcia umowy i umowa ma być tu wykonana. Art. 7a precyzuje, czego to dotyczy, i lista jest długa: nazewnictwo towarów i usług, oferty, warunki gwarancji, faktury, rachunki i pokwitowania, ostrzeżenia i informacje dla konsumentów, instrukcje obsługi oraz informacje o właściwościach towarów i usług. Ostatnie zdanie tego przepisu rozciąga obowiązek także na reklamy. Jest jeszcze ustęp 2, który ludzie przeoczają najczęściej: obcojęzyczne opisy i oferty muszą być sporządzone jednocześnie w polskiej wersji językowej. Słowo "jednocześnie" znaczy równolegle, a nie zamiast, więc angielski serwis z dopiskiem "polska wersja wkrótce" nie spełnia tego warunku.
Kto to sprawdza i co grozi
To nie jest przepis martwy. Art. 7b wskazuje pięć organów kontroli: Prezesa UOKiK, Inspekcję Handlową, Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, powiatowego lub miejskiego rzecznika konsumentów oraz Państwową Inspekcję Pracy. Art. 15 ust. 1 przewiduje karę grzywny dla tego, kto wbrew art. 7a stosuje wyłącznie obcojęzyczne nazewnictwo towarów lub usług albo sporządza wyłącznie w języku obcym oferty, ostrzeżenia, instrukcje obsługi, warunki gwarancji, faktury lub rachunki. W praktyce sprawa rzadko zaczyna się od kontroli. Zaczyna się od skargi jednego niezadowolonego klienta do rzecznika konsumentów, a wtedy brak polskiej wersji warunków jest pierwszą rzeczą, którą widać. Dlatego przy serwisach sprzedających radzimy zacząć od dokumentów i warunków, a dopiero potem tłumaczyć teksty marketingowe.
Sprzedaż za granicę: język kraju kupującego, nie język sprzedawcy
Przy wejściu na rynek niemiecki, czeski czy francuski dochodzi drugi zestaw wymogów, tym razem unijny. Rozporządzenie o ogólnym bezpieczeństwie produktów, znane jako GPSR, stosuje się od 13 grudnia 2024 roku i ma dla strony internetowej konkretną konsekwencję. Art. 19 dotyczy wprost sprzedaży na odległość i wymaga, żeby oferta produktu w internecie zawierała w sposób jasny i widoczny co najmniej: nazwę producenta z adresem pocztowym i elektronicznym, dane osoby odpowiedzialnej w Unii, jeżeli producent jest spoza Unii, informacje pozwalające zidentyfikować produkt wraz z jego obrazem oraz wszelkie ostrzeżenia i informacje na temat bezpieczeństwa. I tu pada kluczowe zastrzeżenie: te ostrzeżenia mają być podane w języku łatwo zrozumiałym dla konsumentów, określonym przez państwo członkowskie, w którym produkt jest udostępniany na rynku. Ten sam zwrot powtarza art. 9 ust. 7 przy instrukcjach dołączanych do produktu. Innymi słowy, karta produktu po polsku z dopiskiem po angielsku nie wystarczy, jeżeli wysyłasz do Czech.
Czego przepisy nie wymagają, choć wiele firm tak myśli
Warto powiedzieć też drugą stronę, bo strach przed przepisami bywa droższy niż same przepisy. Rozporządzenie o geoblokowaniu zabrania blokowania klientów z innych krajów Unii, ale w art. 4 ust. 3 stwierdza wprost, że samo przestrzeganie tego zakazu nie oznacza obowiązku przestrzegania pozaumownych krajowych wymogów prawnych obowiązujących w państwie klienta ani obowiązku informowania klientów o tych wymogach. Praktyczny wniosek jest taki: jeżeli tylko nie blokujesz cudzoziemca, który sam trafił na Twój polski sklep i chce kupić, nie musisz z tego powodu tworzyć wersji w jego języku. Obowiązki językowe pojawiają się dopiero wtedy, gdy zaczynasz aktywnie kierować ofertę na dany rynek: reklamować się tam, podawać ceny w tamtejszej walucie, oferować dostawę do tego kraju. Dlatego pierwsza rozmowa o tłumaczeniu zaczyna się u nas od pytania, do kogo naprawdę kierujesz sprzedaż, a nie od liczby podstron.
Co poza tekstem trzeba przetłumaczyć, żeby wersja językowa działała
Wycena oparta wyłącznie o teksty widoczne na stronie jest zaniżona i to jest najczęstsze źródło rozczarowania. Pełna wersja językowa obejmuje siedem warstw. Treść podstron i opisów, czyli to, co widać. Interfejs, czyli menu, przyciski, nazwy pól formularza, komunikaty walidacji i strony błędu 404. Powiadomienia, czyli maile z potwierdzeniem zamówienia, przypomnieniem o płatności i resetem hasła, które wychodzą z systemu i o których nikt nie pamięta do pierwszej reklamacji. Dokumenty prawne. Elementy niewidoczne dla czytelnika, ale widoczne dla Google: tytuły i opisy dla wyszukiwarki, opisy alternatywne obrazków, teksty odnośników. Formaty, czyli daty, jednostki, waluty i format adresu w formularzu dostawy. I na koniec grafiki, w których tekst jest wypalony w obrazku, bo tych nie da się przetłumaczyć bez ponownego przygotowania pliku. Przy wycenie liczymy wszystkie siedem, a nie tylko pierwszą.
Regulamin i polityka prywatności: to nie jest praca dla tłumacza
Dokumenty prawne są jedynym miejscem, gdzie dosłowne tłumaczenie potrafi zaszkodzić bardziej niż jego brak. Powód jest prosty: regulamin opisuje uprawnienia wynikające z konkretnego prawa, a te różnią się między krajami. Przetłumaczony na niemiecki polski regulamin nadal opisuje polskie terminy odstąpienia i polską ścieżkę reklamacji, więc dla niemieckiego konsumenta jest w najlepszym razie mylący, a w gorszym zawiera postanowienia, których tamtejsze prawo nie dopuszcza. Praktyka, którą stosujemy: teksty marketingowe tłumaczy tłumacz, dokumenty prawne przygotowuje albo weryfikuje prawnik znający rynek docelowy, a my odpowiadamy za to, żeby oba trafiły w odpowiednie miejsca serwisu i żeby zgoda przy formularzu odsyłała do właściwej wersji językowej. Osobno pilnujemy polityki prywatności, bo jeżeli jedna wersja wymienia inne narzędzia niż druga, sprzeczność między nimi jest widoczna gołym okiem.
Trzy sposoby tłumaczenia i realna różnica między nimi
Pierwszy to tłumaczenie maszynowe wpięte we wtyczkę, które tłumaczy w locie. Kosztuje najmniej, uruchamia się w jeden dzień i nadaje się do treści, która nie sprzedaje i nie rodzi zobowiązań: archiwum wpisów, opisy techniczne, dokumentacja. Drugi to tłumaczenie maszynowe poprawione przez człowieka, w branży nazywane postedycją. To dziś najczęstszy wybór przy sklepach z setkami kart produktu, bo daje poprawny język przy ułamku kosztu tłumaczenia od zera. Trzeci to tłumaczenie przez człowieka od podstaw, zwykle z lokalizacją, czyli dopasowaniem przykładów, jednostek i argumentów do rynku. Ma sens na stronie głównej, w ofercie, w cennikach i wszędzie tam, gdzie tekst ma przekonać do zakupu. W praktyce dobrze zrobiony serwis wielojęzyczny łączy wszystkie trzy: człowiek pisze to, co sprzedaje, postedycja obejmuje katalog, a automat zostaje przy treści archiwalnej.
Techniczna strona wersji językowych, czyli o co pyta Google
Wielojęzyczna strona zrobiona źle potrafi zaszkodzić widoczności także w polskiej wersji, więc to nie jest detal do zostawienia na koniec. Zasada pierwsza: każda wersja językowa musi mieć własny, stały adres. Może to być katalog w adresie, osobna subdomena albo osobna domena krajowa, ale nie może to być ten sam adres podmieniający treść w zależności od ustawień przeglądarki, bo wtedy wyszukiwarka indeksuje tylko jedną wersję. Zasada druga: wersje trzeba połączyć znacznikami hreflang, wskazującymi wzajemnie na siebie oraz na wariant domyślny, inaczej Google traktuje je jak konkurujące ze sobą kopie. Zasada trzecia: przełącznik języka ma być zwykłym odnośnikiem, a nie skryptem, i nie może automatycznie przekierowywać po adresie IP, bo to blokuje robota i irytuje użytkownika, który świadomie wybrał inny język. Zasada czwarta: adresy podstron w każdej wersji tłumaczymy, o ile CMS na to pozwala, bo słowo kluczowe w adresie pracuje w każdym języku tak samo.
WordPress: co zrobić przed wpięciem wtyczki wielojęzycznej
Na WordPressie wielojęzyczność dokłada się rozszerzeniem i tu warto podjąć dwie decyzje świadomie, zanim cokolwiek zostanie zainstalowane. Pierwsza dotyczy modelu: rozszerzenie może trzymać wszystkie języki w jednej instalacji albo stawiać osobne witryny połączone w sieć. Jedna instalacja jest wygodniejsza w utrzymaniu i tańsza, sieć witryn bywa potrzebna, gdy rynki mają naprawdę różny asortyment i różne ceny. Druga decyzja dotyczy tego, co się stanie przy rezygnacji, bo część rozszerzeń przechowuje tłumaczenia w formacie, z którego trudno je odzyskać po wyłączeniu wtyczki. Pytamy o to zawsze, bo tłumaczenie jest majątkiem firmy, a nie własnością wtyczki. Trzecia sprawa jest przyziemna: rozszerzenia wielojęzyczne to zwykle licencje roczne, a po ich wygaśnięciu strona nadal działa, tylko przestaje dostawać aktualizacje, o czym nikt nie informuje. Warto więc od początku wpisać ten termin do tego samego kalendarza, w którym firma pilnuje domeny i certyfikatu.
Od czego naprawdę zależy cena tłumaczenia strony internetowej
Rynek tłumaczeń rozlicza się za stronę rozliczeniową, czyli umowną jednostkę 1800 znaków ze spacjami, albo za słowo. Sam ten przelicznik mówi jednak niewiele o koszcie wersji językowej serwisu, bo pracy jest więcej niż tekstu. Cena zależy u nas od pięciu rzeczy. Objętość, liczona po wyeksportowaniu wszystkich treści z systemu, a nie oszacowana na oko z liczby podstron. Liczba języków, przy czym drugi język kosztuje najwięcej, bo to przy nim wykonuje się całą pracę techniczną, a każdy kolejny jest już tańszy. Wybrana metoda dla poszczególnych części serwisu, czyli ile idzie do człowieka, a ile do postedycji. Zakres techniczny: samo dodanie wersji do istniejącego serwisu to inna praca niż przebudowa strony, która nigdy nie była projektowana pod dwa języki. Oraz to, czy w zakresie są dokumenty prawne, które wyceniamy osobno, bo wymagają prawnika. Kwotę podajemy jako stałą, po policzeniu treści i obejrzeniu panelu, przed rozpoczęciem prac.
Pięć błędów, które kosztują najwięcej przy drugiej wersji językowej
Widzimy je regularnie i wszystkie da się uprzedzić. Pierwszy: tłumaczenie samych podstron, bez maili transakcyjnych, przez co klient dostaje po polsku potwierdzenie zamówienia złożonego po niemiecku. Drugi: automatyczne przekierowanie po adresie IP, które wysyła polskiego użytkownika na wersję angielską i odwrotnie, a robota wyszukiwarki blokuje całkowicie. Trzeci: przetłumaczony dosłownie regulamin, który opisuje polską procedurę reklamacji zagranicznemu konsumentowi. Czwarty: jedna wersja rozwijana dalej, a druga zamrożona w dniu uruchomienia, przez co po roku ceny i oferta w obu wersjach się rozjeżdżają, a klient widzi tę nieaktualną. Piąty: teksty wypalone w grafikach, odkryte dopiero na końcu projektu, gdy trzeba wracać do plików źródłowych, których czasem już nie ma. Dlatego zaczynamy od eksportu wszystkich treści i listy elementów do przygotowania, zanim ktokolwiek zacznie tłumaczyć.
Jak prowadzimy taki projekt
Zaczynamy od inwentaryzacji: eksportujemy treści z systemu, liczymy znaki, wypisujemy elementy interfejsu, maile, dokumenty i grafiki z tekstem. Na tej podstawie powstaje wycena z podziałem na części i metody, żeby było widać, na czym można oszczędzić, a na czym nie warto. Potem ustawiamy technicznie strukturę adresów, znaczniki hreflang i przełącznik języka, jeszcze przed wgraniem tłumaczeń, bo poprawianie tego później oznacza przenoszenie gotowych treści. Tłumaczenia wgrywamy partiami i po każdej sprawdzamy działanie ścieżek, które przynoszą pieniądze: formularz razem z faktycznym dotarciem maila, koszyk, płatność i wyszukiwarkę w obu wersjach. Na koniec zostaje zestawienie, co jest przetłumaczone, czym, kiedy i gdzie leżą pliki źródłowe, żeby kolejne aktualizacje treści nie zaczynały się od szukania. Jeżeli serwis wymaga wcześniej przebudowy, mówimy o tym przed wyceną tłumaczenia, bo dokładanie drugiego języka do strony, która nie działa dobrze w pierwszym, jest wydatkiem bez zwrotu.
Cennik
Trzy sposoby tłumaczenia strony: co dostajesz i gdzie się sprawdzają
| Sposób | Co dostajesz | Gdzie się sprawdza | Czego nie zrobi |
|---|---|---|---|
| Tłumaczenie maszynowe w locie | Automatyczny przekład generowany przez wtyczkę, uruchamiany w jeden dzień. | Archiwum wpisów, dokumentacja techniczna, treść, która nie sprzedaje i nie rodzi zobowiązań. | Nie nadaje się na ofertę, cennik ani dokumenty prawne. Potrafi zmienić sens ostrzeżenia. |
| Postedycja, czyli maszyna plus człowiek | Przekład maszynowy poprawiony przez tłumacza, z ujednoliconą terminologią. | Katalogi z setkami kart produktu, opisy kategorii, treści powtarzalne. | Nie daje tekstu sprzedażowego dopasowanego do rynku. Zachowuje strukturę oryginału. |
| Tłumaczenie przez człowieka z lokalizacją | Tekst pisany pod rynek docelowy: inne przykłady, jednostki, argumenty i formaty. | Strona główna, oferta, cenniki, strony, które mają przekonać do zakupu. | Nie zastępuje prawnika przy regulaminie i polityce prywatności. |
| Dokumenty prawne | Regulamin i polityka przygotowane pod prawo rynku docelowego, nie przetłumaczone dosłownie. | Każdy serwis, który sprzedaje konsumentom w innym kraju. | Nie jest usługą tłumaczeniową i wyceniamy je osobno. |
Wszystkie stawki znajdziesz w pełnym cenniku stron internetowych. To stałe ceny projektowe, bez ukrytych kosztów i bez otwartej wyceny.
FAQ
Najczęstsze pytania
Cena zależy od objętości liczonej w znakach po wyeksportowaniu treści z systemu, liczby wersji językowych, wybranej metody dla poszczególnych części serwisu oraz od tego, czy w zakresie są dokumenty prawne. Drugi język kosztuje najwięcej, bo przy nim wykonuje się całą pracę techniczną, a każdy kolejny jest tańszy. Kwotę podajemy jako stałą, po policzeniu treści i obejrzeniu panelu, przed rozpoczęciem prac.
Rynek rozlicza tłumaczenia za stronę rozliczeniową, czyli umowną jednostkę 1800 znaków ze spacjami, albo za słowo. Przy stronie internetowej sam przelicznik nie wystarcza, bo poza tekstem widocznym trzeba przetłumaczyć interfejs, maile do klienta, opisy dla wyszukiwarki i formaty dat oraz walut. Dlatego liczymy pełny zakres, a nie tylko podstrony, i dopiero wtedy podajemy kwotę.
Przy sprzedaży konsumentom mieszkającym w Polsce tak. Art. 7 ust. 1 ustawy o języku polskim nakazuje używać polskiego w obrocie z udziałem konsumentów, a art. 7a rozciąga to na nazewnictwo towarów i usług, oferty, warunki gwarancji, faktury i informacje o właściwościach, w tym w reklamach. Art. 15 przewiduje za naruszenie karę grzywny. Obcojęzyczne opisy muszą powstać jednocześnie w polskiej wersji, a nie zamiast niej.
Można i bywa to rozsądne, ale nie wszędzie. Tłumaczenie maszynowe sprawdza się przy treści archiwalnej i dokumentacji technicznej, czyli tam, gdzie tekst nie sprzedaje i nie rodzi zobowiązań. Nie nadaje się na ofertę, cennik, ostrzeżenia dotyczące produktu ani dokumenty prawne, bo w tych miejscach błąd kosztuje więcej niż oszczędność. Rozwiązaniem pośrednim jest postedycja, czyli poprawienie przekładu maszynowego przez tłumacza.
Poza kartami produktu przede wszystkim ostrzeżenia i informacje o bezpieczeństwie. Art. 19 rozporządzenia GPSR wymaga, żeby oferta online zawierała jasno i widocznie nazwę oraz adres producenta, dane osoby odpowiedzialnej w Unii, informacje identyfikujące produkt wraz z obrazem i wszelkie ostrzeżenia, w języku łatwo zrozumiałym dla konsumentów, określonym przez państwo, w którym produkt jest udostępniany. Dochodzą do tego koszyk, maile transakcyjne i dokumenty prawne.
Jeżeli sprzedajesz konsumentom w danym kraju, to tak, ale nie dosłownie. Regulamin opisuje uprawnienia wynikające z konkretnego prawa, więc przetłumaczony polski dokument nadal opisuje polskie terminy odstąpienia i polską ścieżkę reklamacji. Właściwa droga to przygotowanie lub weryfikacja dokumentu przez prawnika znającego rynek docelowy, a następnie podpięcie go pod odpowiednią wersję językową serwisu i pod zgody przy formularzach.
Nie z tego powodu. Rozporządzenie o geoblokowaniu zabrania blokowania klientów z innych krajów Unii, ale jego art. 4 ust. 3 stwierdza wprost, że samo przestrzeganie tego zakazu nie tworzy obowiązku spełniania pozaumownych wymogów prawa kraju klienta ani informowania go o nich. Obowiązki językowe pojawiają się dopiero wtedy, gdy aktywnie kierujesz ofertę na dany rynek: reklamujesz się tam, podajesz ceny w tamtejszej walucie albo oferujesz dostawę.
Dokłada się rozszerzenie wielojęzyczne i przed instalacją podejmuje dwie decyzje. Pierwsza to model: wszystkie języki w jednej instalacji, co jest tańsze w utrzymaniu, albo osobne witryny w sieci, potrzebne przy naprawdę różnym asortymencie. Druga to format przechowywania tłumaczeń, bo część rozszerzeń utrudnia odzyskanie treści po wyłączeniu wtyczki. Warto też zapisać termin odnowienia licencji, bo po jej wygaśnięciu strona działa, ale przestaje dostawać aktualizacje.
Szkodzi tylko wdrożenie zrobione skrótem. Każda wersja musi mieć własny, stały adres, bo podmienianie treści pod jednym adresem sprawia, że wyszukiwarka indeksuje wyłącznie jedną. Wersje trzeba połączyć znacznikami hreflang wskazującymi wzajemnie na siebie, inaczej Google traktuje je jak konkurujące kopie. Przełącznik języka powinien być zwykłym odnośnikiem, bez automatycznego przekierowania po adresie IP, które blokuje robota.
zobacz też
Powiązane strony i usługi
Tłumaczenie sklepu internetowego
Jeden przypadek szczegółowo: co musi być przetłumaczone przy sprzedaży za granicę.
Strona internetowa B2B
Serwis dla firmy sprzedającej innym firmom, często w kilku krajach naraz.
Modernizacja strony internetowej
Gdy serwis wymaga przebudowy, zanim doda się do niego drugi język.
Regulamin sklepu internetowego
Co musi zawierać dokument, którego nie tłumaczy się dosłownie.
Aktualizacja strony internetowej
Dlaczego dwie wersje językowe trzeba aktualizować równolegle.
Cennik stron internetowych
Stałe ceny prac, od których zaczyna się rozmowa o zakresie.
Zamów stronę w stałej cenie
Zostaw e-mail, ustalimy zakres i przygotujemy podgląd. Stała cena, gwarantowany termin, bez zobowiązań.